Vagabonda o jedzeniu

Porozmawiać niespiesznie o jedzeniu. Slow food

Dzisiaj dowiedziałam się od Sofii z Australii, że transport kotów w samolocie (z Australii do Włoch) możliwy jest tylko w środy, czwartki i piątki. Próbowałyśmy zrozumieć czym jest to spowodowane i stwierdziłyśmy, że  ma to związek z tymi wszystkimi arabskimi świętami, w trakcie których nie można dotykać zwierząt. Tak, pewnie tak to jest…Bo samolot z Australii najpierw dolatuje do Dubaju. Ale to nie koniec. W Dubaju trzeba czekać minimum 6 godzin na kolejny lot, ponieważ nie można za bardzo stresować kota i trzeba dać mu czas na odpoczynek.  Sofia wspominała jeszcze o firmie, która musiała wynająć w Australii i która zajmuje się importem-eksportem zwierząt, szczepieniach i transporterze, który na tak długą podroż musi być z 10 razy większy od tego standardowego. Podobno kot już jej wybaczył cale to zamieszanie i przestał się na nią rzucać ze swoimi pazurkami…

Sofia mieszka we Włoszech od 18 miesięcy. Dokładnie w prowincji Umbrai. Przyleciała, jak już wiecie, ze swoim kotem. Jest w trakcie załatwiania masy włoskich formalności, aby za czas jakiś zacząć prowadzić gospodarstwo agroturystyczne w Toskanii.

Dzisiaj byłam w magicznym z hostem miejscu, którego nie umiem w sumie nazwać, bo widziałam je po raz pierwszy. Myślę,  że tak mogą wyglądać własnie kooperatywy społeczne wspierające ideę slow food. Zajechałyśmy z Eve do opuszczonego domu z ogrodem, położonego gdzieś na wsi pomiędzy krętymi uliczkami prowadzącymi do miasta Viterbo. Na trawniku rozłożone były drewniane stoły z czerwono-białymi obrusami, tak typowymi dla Włoch. Ludzie z okolicznych wiosek sprzedawali tutaj swoje warzywa z ogródka. Bakłażany, cukinie, brokuły, kalafiory, salaty, były też jajka i sery domowej roboty.  W sumie tych stanowisk było 5. To, co mnie urzekło, to ludzie, którzy przyjeżdżali tu (z dziećmi…albo psami…) po zakupy. My z Eve spędziłyśmy tutaj ponad godzinę, choć tak naprawdę na zakupy potrzebowałyśmy tylko chwile. Chodziło też o to, aby spotkać się ze znajomymi, porozmawiać niespiesznie o jedzeniu i o pogodzie czy po prostu pośmiać się. Dlatego kawałek obok wszystkich tych warzywno-owocowych darów natury, rozłożony był kolejny  drewniany stół, większy, na który większość z przybyłych klientów, kładła to, co miała w zapasie w domu. Do spróbowania, dla wszystkich. Skosztowałam pysznego soku winogronowego oraz bezglutenowego chleba z konfiturą o smaku owocu, którego nazwy niestety nie pamiętam, bo wtedy po raz pierwszy też usłyszałam jego nazwę.

Jutro zbieramy oliwki z drzew.

Tekst: Magdalena Vagabonda

https://www.facebook.com/MagdalenaVagabonda

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s