Vagabondowe zapiski z wolontariatów

Same dobre rzeczy

Do Palermo przyleciałam z lotniska Venezia Treviso 1 marca. Na miejscu okazało się, że hostel będzie otwarty dla gości nie 1 marca, tak, jak planował to właściciel, a tydzień później, więc na początek otrzymałam kilka dni w bonusie tylko dla siebie. Od razu wzięłam się za zwiedzanie okolicy. Kiedy więc trzy dni później pojawiłam się na stacji kolejowej, aby jechać do położonego o godzinę drogi od Palermo miasteczka Cefalu (z akcentem nad u), dowiedziałam się od pani w okienku, że bilet owszem, mogę kupić, ale jest strajk i być może pociąg nie przyjedzie… Godzinę później siedziałam więc w barze na głównej ulicy Palermo zajadając moje nowe odkrycie, o którym wyczytałam gdzieś wcześniej w przewodniku: sycylijskie, słodkie cannoli czyli rurki z chrupiącego ciasta nadziane kremem z ricotty, cukrem pudrem i kawałkami czekolady, ozdobione zazwyczaj kandyzowanym owocem. W Palermo znajduję się ich fabryka. Pycha! Do Cefalu dotarłam dwa dni później. Miasteczko, niestety,  nie zachwyciło mnie tak bardzo, jak miało.

Aby dotrzeć z kolei na Monte Pelegrino, czyli Górę Pielgrzyma, na którą turyści przybywają gromadnie, aby podziwiać z tarasu widokowego panoramę Palermo po jednej stronie, i Zatokę Mondello po drugiej, również przymierzałam się kilka razy. Niestety, panie pracujące w punkcie informacyjnym dla turystów, aż dwa razy źle mnie informowały jeśli chodzi o autobus, który na tę górę wjeżdża. Finalnie, przymierzając się po raz trzeci!!, poszłam  na piechotę i było to najlepsze co mogłam zrobić. Zamiast podziwiać widoki zza okna autobusu, kroczyłam swoim tempem pod górę, sama samiuteńka na szlaku, co chwilę zatrzymując się, aby wziąć głęboki oddech świeżego powietrza, popstrykać trochę zdjęć i pokontemplować nad tym co ukazywało się moim oczom. Zanim dotarłam na taras widokowy, z którego roztaczał się widok na „szare nic”, ponieważ tego dnia było bardzo pochmurno, skręciłam w pewnym momencie w las, i to była kolejna najlepsza rzecz, która spotkała mnie tamtego dnia. Las zachwycił mnie tym, że był po prostu gęstym, zielonym lasem. Dalej spotkała mnie kolejna miła niespodziabka. Był to właściciel baru na Górze Pielgrzyma, który zamiast dwóch soczystych pomarańczy dał mi cztery. Dawno nie zajadałam się tak pysznymi pomarańczami! Umęczona po kilku godzinach wróciłam do hostelu, gdzie czekało na mnie domowej roboty tiramisu i pasta al forno. Same dobre rzeczy.

Same dobre rzeczy. Każdego dnia perełki mniejsze lub większe, które czynią mój dzień udanym: spacer, dobre jedzenie, miłe słowo, pójście do kina, pogawędki z turystami, wspólne śpiewanie piosenek, herbata z rozmarynem, małe espresso, słoneczna pogoda, szum palm, fruwające papugi nad głową.

Zauważam te chwile, doceniam i jestem za nie wdzięczna.

Jestem też wdzięczna za hostów do których trafiam i dzięki którym zbieram tyle dobrych wspomnień.

Nie dostaję w prawdzie co miesiąc od korporacji wypłaty na konto, ale też nikt mnie nie mobbinguje, nikt nie każe robić mi nadgodzin, nie żyję w stresie i nie wyczekuję weekendów, a w niedzielę popołudniową porą z przerażeniem nie myślę o poniedziałku. Nie jestem niewolnikiem. Jestem wolna. Czuję się jakbym była na wakacjach cały czas, bo po 5 godzinach pracy mam wciąż siłę i energię, aby zająć się moimi rzeczami. Dostaję za pracę jedzenie, miejsce do spania, mam też trochę swoich pieniędzy… I to wystarczy do szczęścia.

Tekst: Magdalenainprogress

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s