Vagabondowe przemyślenia o wolontariacie

Słodkie pomarańcze

Jeszcze nie wyjechałam z Palermo, a M.,właściciel hostelu, już ubolewa, że w kwietniu go opuszczam. Średnio co dwa mówi mi, że koniecznie muszę tutaj jeszcze wrócić. Z kolei A., chłopak, który od niedawna wspomaga personel hostelowy, mówi, że jestem pierwszą wolontariuszką, z którą pracuje i że będzie mnie do końca życia pamiętać. Poza tym,  że jestem „pazza”, czyli szalona, chłopaki cenią sobie to, że ciężko pracuję, jestem zaangażowana w to, co robię, poza tym mam dużo energii, jestem komunikatywna, pomocna dla gości i dużo się uśmiecham. Okazuje się bowiem,  że spora gromadka wolontariuszy pobyt w hostelu traktuje jak wakacje. Dlatego w zeszłym roku M.poprosił dwie dziewczyny ze Stanów Zjednoczonych, aby opuściły hostel. Ponieważ co roku dostaje on około 200 maili od potencjalnych wolontariuszy, muszę przyznać, że schlebia mi to, że to właśnie ja zostałam zaproszona (średnio przez rok przewija się przez hostelowe korytarze około 20 wolontariuszy). M., na pytanie czym się kieruje przy tak dużym wyborze workawayersów odpowiada, że kieruje się intuicją (sic!).

Pracę zaczynam razem z A. o 7:30 od dyżuru w kuchni. Szykujemy dla gości śniadanie, zazwyczaj są to croissanty z płatkami kukurydzianymi, i oczywiście serwujemy cafe corto lub lungo, w zależności od preferencji. Około 10 robię obchód po dwóch hostelowych piętrach i ogarniam bałagan. Chociaż muszę przyznać, że tego bałaganu zazwyczaj nie ma. Sezon dopiero się zaczął, więc średnio mamy około 7 gości na dobę. Tylko na początku marca pojawiła się zwariowana grupka 19tu „starszych panów” (koło 60-65 lat) z Wielkiej Brytanii. Pokochałam ich od razu za ich werwę i radość życia. Wieczorową porą w hostelowej jadalni zbieraliśmy się wszyscy i śpiewaliśmy piosenki. Jeden gość przygrywał na akordeonie, drugi na skrzypcach. Od czasu do czasu goście po środku jadalni tańczyli zgrabnie do melodii. Z tego co wiem, kiedy są w Wielkiej Brytanii, w każdy poniedziałek chodzą na potańcówki! Nasze wieczorki zawsze kończyliśmy śpiewając piosenkę: When we go rolling home czyli… Idąc chwiejnym krokiem do domu. Kiedy panowie wyjeżdżali, uściskałam każdego z osobna na pożegnanie. Musiałam! Uśmiechnięci, kochający życie ludzie. Wnieśli tutaj dużo radości.

Swoją pracę kończę ok 12:30. Wtedy albo idę biegać i ćwiczyć do parku, który znajduję się przy promenadzie nad morzem, albo medytuję w moim pokoju, co zazwyczaj kończy się drzemeczką. Po obiedzie, na który zawsze jest pasta-pasta-pasta, zazwyczaj zabieram swoje książki, gazety, zeszyt i tablet i idę do Giardino Garibaldi, w którym jest darmowe wifi, uczyć się włoskiego. Od kilku dni wymyślam przeróżne zdania po włosku, które przy śniadaniu sprawdza mi A. Muszę przyznać, że w taki sposób nauka jest bardziej efektywna. Dla mnie. Bardzo szybko spamiętuję całe zdania. A oczywiście wymyślam takie, które pręczej czy później najprawdopodobniej użyję. Do dyspozycji mam jeszcze sennik i książkę dla dzieci, którą kupiłam w Libreria Acqua Alta w Wenecji.

Kiedy wracam do hostelu okrężną drogą, zazwyczaj zachodzę jeszcze do jakieś pasticcerii kupić cannoli, do których mam słabość od pierwszego gryza, cassatinę czy kulkę lodów o smaku panna cotty czy tiramisu. Nie przejdę też obojętnie koło straganów z pomarańczami. Są bardzo soczyste.

A wieczorem? Sama po ulicach Palermo nie chodzę, więc zazwyczaj spędzam wieczory w kuchni w towarzystwie gości. Uwielbiam słuchać ich historii. Dużo rozmawiamy  o podróżach wszelakich i naszych różnych doświadczeniach.

Magdalenainprogress

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s