Vagabonda filozoficznie

Lepiej przytyć z radości niż od zajadania stresu

I tak sobie żyję po vagabondowemu. A ponieważ przytyłam kilka kilo w trakcie vagabondowania, ktoś mądry napisał mi: lepiej przytyć z radości niż od zajadania stresu. Albo od zajadania i wypychania życiowej pustki, dodałabym jeszcze… Jak to w życiu bywa, są przypływy i odpływy, nie wszystko to, czego w życiu pragniemy jest nam dane, czasem jest mniej, czasem więcej, pojawiają się na naszej drodze bolesne lekcje do przerobienia, dzięki którym się zmieniamy i rośniemy w siłę i tak jest dobrze, ale od czasu kiedy wyruszyłam z Polski jestem na fali. Tej od przypływu. Może to dlatego, że sporo lekcji już przerobiłam wcześniej, zrozumiałam je i dlatego jestem, gdzie jestem i robię, co robię. Podróżując, podróżuję w tym samym czasie w głąb siebie, więc tak naprawdę odbywam dwie równoległe podróże. Poznaję coraz lepiej siebie, coraz lepszy mam kontakt sama ze sobą, ze swoimi myślami i emocjami. Wiem co mi służy, a co mi szkodzi. Poznaję inne światy, inspirujących ludzi, inne sposoby na życie. Niesamowite jest to, że tyle osób mówi „nie” temu systemowi, do którego nas wepchnięto bez naszej zgody i który wydaje się być jedyny i słuszny. System niewolniczej pracy z bankową i konsumpcyjną mafią w tle.  Równolegle jest drugi świat, inne życie z nomadami, którzy podróżują z plecakiem po świecie, którzy ograniczają rzeczy materialne do minimum, którzy z pieniędzy nie robią sobie boga. Oczywiście, każdy żyje swoim życiem, kierując się swoimi wartościami i  potrzebami. Często jednak żyjąc w tym hałaśliwym i chaotycznym społeczeństwie, gubimy się i dajemy wmówić sobie rzeczy, które nie są nasze, które z nami nie rezonują i które ciągną nas w dół. Musisz kupić nowe to, najnowsze tamto, na wakacje pojechać tam, robić karierę przed trzydziestką, w garażu mieć dobry samochód, bo inaczej jesteś mniej warty (większość rzeczy i tak finalnie bierze się na kredyt, przez co zakopujemy się dodatkowo w iluzji, bo niby to nasze, ale tak nie do końca) ..  Przykre jest to, że oddajemy się temu bez żadnej refleksji. Życie w końcu jest jedno. Nie wiem jak Wy, ale ja od czasu do czasu myślę o śmierci. Nie wiem, jak długo będę żyć, może jeszcze dwa tygodnie, może kilka lat, może dożyję 90ki, ale nie chciałabym obudzić się z ręką w nocniku, mając wrażenie, że życie przepłynęło mi przez palce na robieniu rzeczy, które nie przynoszą mi radości i zadowalając wszystkich naokoło, spełniając ich oczekiwania,  zapominając totalnie o tym kim jestem i co się dla mnie liczy w życiu oraz wypruwając swoje żyły na przykład pracując w korporacji. To już całe szczęście mam za sobą…

Nie wszyscy rozumieją świat podróżnika. Nie wszyscy rozumieją świat wolontariusza. Dla innych powinnam robić karierę, pracować od-do i od poniedziałku do piątku, bo niby jestem wykorzystywana itd.,itp. Wykorzystywana na wolontariacie nigdy się nie czułam. Po raz pierwszy od bardzo dawna mam bardzo dobry okres w życiu, czuję radość, satysfakcję i tak, jestem z siebie dumna, że odważyłam się wyjść ze strefy komfortu. W portfelu mam tyle ile mam, ale najważniejsze, że mam w środku radość, a na vagabondowej buzi uśmiech. Gorszy moment miałam krótko po powrocie na chwilę do Polski, gdzie dopadła mnie depresja popodróżnicza, kiedy nagle okazało się, że jest tak jakby trochę nudno i mało tutaj się dzieje…

Dzisiaj odprawiłam się na samolot. Za tydzień wylatuję na mój kolejny wolontariat. Tym razem będzie bardziej stacjonarnie, ponieważ wracam na dwa miesiące do miejsca, w którym byłam już w kwietniu. Do centrum jogi, gdzie będę odbywać wolontariat głównie w biurze przy przygotowywaniu list gości, kart członkowskich, informacji dla szefów kuchni (ile gości przyjeżdża, kiedy mają pierwszy posiłek, którym posiłkiem kończą swój pobyt, o której godzinie dana grupa chce posiłki, ile osób ma jakieś alergie i czego nie mogą jeść…itd). Zaproponowano mi taką formę wolontariatu, ponieważ znam włoski. Ok, znam włoski jako-tako, ale coraz więcej rozumiem i będąc w maju w Toskanii z właścicielką farmy organicznej rozmawiałam tylko w tym języku. Miejsce jest magiczne, bo schowane w górach, dwie godziny drogi pociągiem od Mediolanu, wśród drzew bambusowych, z basenem do dyspozycji gości i wolontariuszy, saunami, jeziorem Orta poniżej i wieloma wodospadami w górach oraz przepysznym, wegetariańskim jedzeniem.

638.jpg

W sierpniu odbędzie się tam koncert niemieckiego muzyka, który łączy w swojej muzyce akcenty muzyki wschodniej z zachodnią, Prem Joshuy. Ponieważ trwa sezon, wolontariuszy jest około 15. Ostatnim razem byli to ludzie z Argentyny, Izraela, USA, Australii, Afryki Południowej, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Estonii. Wychodzi na to, że będzie jak na jakimś obozie wakacyjnym. Tak też było za pierwszym razem. Dużo zabawy i śmiechu, także w trakcie pracy i obowiązków. W październiku wsiadam w samolot i lecę do Hiszpanii, a dokładnie Sewilli. Tam również zostanę dwa miesiące. I tam również będzie mnóstwo wolontariuszy. Następne miesiące zapowiadają się więc bardzo ciekawie.

Będę Was informować na bieżąco.

Tekst: Magdalena Vagabonda

https://www.facebook.com/MagdalenaVagabonda/

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s