Vagabondy różne worki

Strefa (dys) komfortu

Strefa (dys) komfortu często stoi nam na przeszkodzie w realizacji naszych celów.

Wiem o tym, ponieważ często do mnie piszecie w mailach, że chcecie zmienić konkretną rzecz w życiu, ale… I tutaj pojawia się długa lista, która ogranicza Was przed zrobieniem pierwszego kroku. Postanowiłam więc poprosić psychoterapeutkę, Justynę Zyburak-Leszczak, aby przybliżyła Wam czym strefa komfortu jest.  Więcej postów Justyny znajdziecie znajdziecie na stronie Psychozapiski

***

Strefa komfortu to jedno z częściej pojawiających się ostatnio pojęć.

Pisma psychologiczne na wyścigi zachęcają nas, aby tę bezpieczną i jakże niekorzystną dla nas strefę opuścić. Słyszymy, że jest to dla nas nierozwojowe. Czym właściwie jest nasza strefa komfortu? Czy naprawdę jest taka zła? I jak znaleźć równowagę między kurczowym trzymaniem się złych nawyków a beztroskim unikaniem odpowiedzialności?

Wyobraź sobie, że od lat jesteś w tej samej pracy. Zaczynasz o stałej godzinie. Twoje obowiązki się nie zmieniają, co sprawia, że wszystko wykonujesz z automatu. Twoi współpracownicy to ciągle ci sami ludzie, których dobrze znasz. Wiesz na kogo możesz liczyć, a od kogo się trzymać z daleka. Wiesz, kiedy szef ma humorki. Wracasz do domu i po drodze zahaczasz o ten sam market, aby zrobić zakupy. W domu przygotowujesz obiad, często z listy swoich 10 ulubionych przepisów, bo na poznawanie nowych nie masz czasu. Następnie pranie, prasowanie. W niektórych przypadkach zajmowanie się dzieckiem.  Wiesz doskonale, że nawet gdyby świat miał się skończyć, Ty i tak jutro wstaniesz o tej samej godzinie, pójdziesz do pracy i wykonasz całodzienny cykl, który jest Ci dobrze znany od lat. I może czasami masz ochotę, żeby rzucić to w kąt i poszukać innej pracy, pojechać inną drogą, ugotować coś innego. Szybko jednak dochodzisz do wniosku, że to nie ma sensu, bo po co zmieniać coś, co dobrze funkcjonuje od dawna?

Kluczem jest tu poczucie bezpieczeństwa. W piramidzie Maslowa leży u podstaw naszych potrzeb tuż po potrzebach fizjologicznych. Tak bardzo pragniemy w naszym życiu spokoju, stabilizacji, wygody, porządku, pewności, że unikamy wszystkiego, co mogłoby nam to zabrać. Stąd zrodziło się pojęcie strefy komfortu. Czyli naszej bezpiecznej przestrzeni, w której poruszamy się na co dzień i którą bardzo dobrze znamy. Wyjście poza te granice powoduje u nas dyskomfort, co sprawia, że się bardzo szybko wycofujemy. Ten dyskomfort jest tak silny i tak nieprzyjemny, że jesteśmy w stanie tkwić w złej pracy lub w patologicznym związku tylko po to, żeby nie zaryzykować. Przeraża nas to, że może się nie udać, że czeka nas porażka.

Takie lęki sprawiają, że przestajemy marzyć. Marzenia stają się dla nas niebezpieczne. Zakłócają nasz spokój. Tym samym przestajemy się rozwijać. Zatrzymujemy się na jednym poziomie i nie zamierzamy tego zmienić. Całkiem proste i przyziemne wyzwania urastają do rangi przeszkód nie do pokonania. Nawet naukę języka obcego, który bardzo chcieliśmy opanować, odkładamy na wieczne nigdy, w obawie, że nie poradzimy sobie z wyborem podręcznika, zapisaniem się na kurs i wpasowaniem dodatkowego zajęcia w nasz codzienny harmonogram.  Robimy, co w naszej mocy byle tylko uniknąć dodatkowego wysiłku i tej złowrogiej zmiany. A przecież w internecie jest mnóstwo wspaniałych materiałów do nauki języka dla początkujących, a poświęcenie codziennie piętnastu minut na powtarzanie słówek przy kawie nie sprawi, że rozsypie nam się pieczołowicie sporządzony plan dnia…

Unikamy rzeczy, które mogłyby zagrozić naszej codzienności. I pal licho kiedy chodzi tylko o całonocny przegląd młodego kazachskiego kina czy kurs kreatywnego gotowania, gorzej jeśli dajmy na to, kobieta tkwi w patologicznym związku, z mężem, który nadużywa alkoholu oraz stosuje fizyczną i psychiczną przemoc wobec niej i dzieci, bo boi się, że nie poradzi sobie finansowo, a z drugiej strony ten mąż wcale nie jest taki zły i na kacu zawsze przynosi kwiaty. Taka kobieta zna już dobrze nawyki swojego męża i perfekcyjnie nauczyła się funkcjonowania w niezdrowej sytuacji, bardziej przeraża ją nieznane i konieczność uczenia się na nowo życia z innym człowiekiem. Są oczywiście sytuacje, w których pozostawanie w strefie komfortu nie niesie szczególnego ryzyka. Jeśli mamy szczęśliwy związek, dobrą pracę, która sprawia nam satysfakcję i ciekawe zainteresowania, to jedyne, co może nam grozić to odrobina nudy i rutyny. Dlatego czasami warto zaszaleć.

Co zatem zrobić, żeby wyjść ze strefy komfortu? Najlepiej zacząć od małych kroków. Zamiast zapisywać się na kurs gotowania u Anthony’ego Bourdaina, kupmy książkę kucharską albo poszukajmy w internecie ciekawych przepisów. Jeśli mamy fatalną i stresującą pracę, to zamiast rzucać ją z dnia na dzień i krzyczeć do szefa mnóstwo przykrych rzeczy, może lepiej zapisać się na jakiś kurs, polepszać swoje kwalifikacje i powoli rozglądać się w poszukiwaniu nowego zajęcia? Zajrzyjmy w głąb siebie i przekonajmy się, na czym tak naprawdę nam zależy, co chcielibyśmy robić w życiu. Nie bójmy się odkurzyć starych pasji i dawno porzuconych marzeń. Przekonajmy się, że za szklanym kloszem naszego komfortu jest jeszcze mnóstwo inspirujących i ciekawych rzeczy.

Tekst: Justyna Zybura-Leszczak

***

Przy okazji tego postu, zapraszam Was do moich przemyśleń na temat strefy komfortu, które spisałam przed moim pierwszym wyjazdem na wolontariat. Oto i on.

Magdalena Vagabonda

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s