Vagabonda filozoficznie

Lepiej w lesie i na wsi niż w dużym mieście. Moje vagabondowe przemyślenia.

Dwa tygodnie temu pojechałam do Turynu, zobaczyć się z moją byłą współlokatorką z Stanów Zjednoczonych, Samanthą. Wracałyśmy autobusem wieczorową porą do naszego wynajętego AirB&B mieszkania. Było przed 22. Na ulicach ciemno. Siąpił tego dnia deszcz. Na jednym z przystanków do autobusu wszedł chłopak. Chłopak o innym kolorze skóry. Usiadł naprzeciw nas, do uszu włożył sobie białe słuchawki i wsłuchany w muzykę, spoglądał sobie przez okno.  I weszli nagle oni. Włosi. Dokładnie dwóch, dość porządnie naprutych, młodych Włochów, śmierdzących od alkoholu i ledwie trzymających się na nogach. Mimo to jednak, nie omieszkali zaczepić bezbronnego chłopaka. Zaczęli nim szturchać, krzyczeć do ucha nie wiem co, robić jakieś głupie miny, wszystko bez sensu i bez żadnego powodu. Mnie serce stanęło w gardle i chciałam z tego autobusu wyjść. Nie miałam ochoty ani na to patrzeć, ani tego słuchać.

Przez całe moje życie mieszkałam w jednym z większych miast w Polsce. Przyzwyczaiłam się więc do tłumów biegnących i gnających ludzi, sfrustrowanych i napiętych twarzy, ludzi, którzy dzieląc ten sam blok, nie potrafią się przywitać z rana, śmierdzącego powietrza i smogu zimową porą, śmieci na ulicach, krzyczących bilbordów z każdej strony, długich kolejek, zmęczonych twarzy za biurkami banku i za supermarketowymi kasami,  wulgarnych ludzi plujących na chodnik i sikających po bramach, ludzi bez uśmiechu na twarzy, wyrżniętych drzew na rzecz nowych galerii handlowych i płatnego wejścia do ogrodu botanicznego.

Ciekawe, jak to wszystko działa i jak miasta (system, w którym żyjemy) wzbudzają w nas i różne potrzeby, i wmawiają nam, jacy mamy być. Tutaj gdzie obecnie jestem, w małym miasteczku, otoczona lasami, łąkami i górami, czuję, że jestem WYSTARCZAJĄCA. Wystarczająca w moim ciele,  w moich kilku bluzkach i bawełnianych spodniach (w tym roku kupiłam sobie tylko klapki z 2 euro, top i legginsy do biegania), wystarczająca bez makijażu, bez sukienki  z najnowszej kolekcji MOHITO (sukienkę, którą tutaj  noszę, kupiłam jakieś 7 lat temu. Drugą sukienkę dostałam od wolontariuszki z Ukrainy) i bez hybrydowych paznokci. Kiedy jednak jadę do dużego miasta od razu jestem bombardowana wychudzonymi i wyretuszowanymi dziewczynami z bilbordów, reklamami sukienek, bluzek i butów, na które i tak nie mam pieniędzy. Wszystko wkoło podświadomie wmawia mi, że muszę kupić to, to i jeszcze tamto, bo będę wtedy piękniejsza, powabniejsza i bardziej pachnąca, bo przecież nie mogę być taka, jaka jestem, bo jestem niewystarczająca. Czuję się wtedy gorzej. Myślę sobie, że jednak te kilka bluzek, które spakowałam do plecaka, są stare, wypłowiałe i już dawno nie trendy, że może jednak powinnam zainwestować w perfum za 400 PLN, bo olej kokosowy, który używam na skórkę, to nie to samo co połączenie paczuli z wodą cytrynową…

Nie podoba mi się to i coraz mniej na to się zgadzam. Dlatego coraz bardziej cenię sobie towarzystwo Matki Natury.  To dzięki niej coraz lepiej łączę się sama z sobą, to dzięki niej żyje mi się lepiej, spokojniej i harmonijniej. To przebywając w takich zielonych oazach lepiej siebie poznaję i akceptuję siebie taką, jaką jestem. W tych moich starych spodniach i „zdobycznych” trampkach.

Tekst: Magdalena Vagabonda

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s